Jeszcze przed wybuchem wojny we wrześniu 1939 r. było jasne, że polskie lotnictwo wojskowe ilościowo ustępuje Luftwaffe. Nic w tym zresztą dziwnego, bo możliwości przemysłowe Rzeszy Niemieckiej – jednej z czołowych potęg przemysłowych ówczesnej Europy – przytłaczająco przewyższały potencjał Polski.
A jednak lotnicy z Brygad Pościgowej i Bombowej (a także dywizjonów w strukturach poszczególnych związków operacyjnych Wojska Polskiego) z zaangażowaniem przeciwstawili się najeźdźcom. Jednym z nich był porucznik Edmund Piorunkiewicz, oficer wyjątkowy już tylko z tego względu, że był on jednym z ostatnich polskich pilotów uczestniczących w kampanii wrześniowej. Znalazł się on bowiem w składzie Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”, która po liczącym ponad pół tysiąca kilometrów szlaku, naznaczonym zmaganiami zarówno z Niemcami, jak i Sowietami, złożyła broń dopiero 6 października 1939 r.
Zanim to jednak nastąpiło, ten urodzony 16 listopada 1903 r. porucznik lotnictwa (a przy tym absolwent Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie) praktykę w operowaniu statkami powietrznymi nabywał podczas służby m.in. w stacjonującym w Lidzie 5. Pułku Lotniczym oraz w 13. Eskadrze Towarzyszącej.
W roku poprzedzającym wybuch wojny powierzono mu kierowanie Referatem Badań Wypadków Lotniczych w Dowództwie Lotnictwa. Początek konfliktu zastał go jednak w kolejnej funkcji, tj. w składzie pozostającej do dyspozycji marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego Eskadry Sztabowej.
Od pierwszego dnia niemieckiego najazdu (1 września 1939 r.) Piorunkiewicz skrupulatnie wypełniał powierzone mu obowiązki. Niemniej jego właściwa podniebna odyseja rozpocząć się miała już po opuszczeniu przezeń Warszawy. Doszło do tego na polecenie dowodzącego obroną stolicy generała Waleriana Czumy. Nie było bowiem powodu, by przy miażdżącej przewadze nieprzyjaciela narażać Eskadrę Sztabową na zniszczenie. Wszak jej piloci mogli odegrać istotną rolę na dalszym etapie wojny.
Po przebazowaniu eskadry na lotnisko w Wielicku (na wschód od Kowla) Piorunkiewcz był już świadom nowego zagrożenia. Tego bowiem dnia, tj. 18 września, wieść o rozpoczęciu przez Sowietów inwazji na II RP (co nastąpiło dzień wcześniej) była już powszechnie znana. Nie zamierzał tracić czasu i zgodnie w wytycznymi Naczelnego Wodza organizował z wspomnianego lotniska ewakuacje wciąż jeszcze sprawnych samolotów. Większość z nich przebazowano do południowo-wschodniej Polski, a następnie dalej, ku granicy rumuńskiej.
Sam jednak Piorunkiewicz pozostał w przestrzeni operacyjnej wciąż trwającej kampanii. Na czele zreorganizowanej przez siebie eskadry (a przy tym spieszonej) w szybkim rajdzie dotarł do usytuowanej po zachodniej stronie Bugu Włodawy. W pobliskim folwarku rodu Zamoyskich w Adampolu „uziemiona” jednostka raz jeszcze zyskała możliwość, by wzbić się w przestworza. Ku zaskoczeniu podkomendnych Piorunkiewcza natknęli się oni na wciąż sprawne samoloty.
Tym samym udało się cząstkowo reaktywować eskadrę i już wkrótce (tj. 25 września), jako 13. Eskadra Szkolna, włączyła się ona w działania aktywnej wówczas na tym obszarze Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”.
Kolejne dni, kiedy to podkomendni generała Franciszka Kleeberga (dowódcy wspomnianego związku taktycznego) konfrontowali się zarówno z Sowietami (Jabłoń i Milanów – 28-30 września), jak i Niemcami pod Kockiem (2–5 października) dobitnie wykazały wartość rozpoznania lotniczego w wykonaniu porucznika Piorunkiewicza i jego pilotów.
Wykonywali również misje łącznikowe, a nawet improwizowane ataki z użyciem granatów ręcznych. Do takowego doszło w trakcie bitwy pod Kockiem, kiedy to w rejonie pobliskiego Lubartowa taka „niespodzianka” przytrafiła się kolumnie niemieckich ciężarówek.
Według wspomnień pułkownika Adama Eplera (dowódcy 60. Dywizji Piechoty stanowiącej rdzeń SGO „Polesie”) „(…) po każdym lądowaniu [porucznik Piorunkiewicz] zaklejał niezliczone dziury w płatach, kadłubie, a nawet siedzeniu pilota. Naprawy uskuteczniał płótnem wiejskich gospodyń. Nie wiadomo jakim cudem wychodził ze wszystkich opresji i nieraz zdawało się – gdy przyciśnięty do ziemi musiał lądować – że spod gruzów samolotu wyciągniemy tylko zwłoki dzielnego pilota”.
A jednak Edmund Piorunkiewicz nie tylko przeżył i jako ostatni pilot Polskiego Września wykonał lot rozpoznawczy w finalnym dniu batalii pod Kockiem (5 października), ale też nazajutrz po złożeniu broni (7 października) zdołał zbiec z niewoli. Co prawda nie na długo, po dotarciu do Warszawy został aresztowany przez Niemców w nocy z 6 na 7 listopada 1939 r.
Resztę wojny spędził w obozach jenieckich na terenie Niemiec. Jak się jednak okazało dane mu było raz jeszcze wykazać się ponadprzeciętnymi zdolnościami organizacyjnymi. Tym razem w wielkim procesie powojennych przesiedleń ludności z dawnych Kresów Wschodnich. W latach powojennych był m.in. dyrektorem Centralnego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego.
Jego dokonania u boku żołnierzy gen. Kleeberga pokazały, jak duże znaczenie w działaniach taktycznych ma rozpoznanie lotnicze – i jak bardzo brakowało go w 1939 r. w skali adekwatnej do potrzeb.
Dla spragnionych wiedzy:
A. Epler, Ostatni żołnierz polski kampanii 1939 roku, Tel Aviv 1942
G. Ślizewski, Księga myśliwców 1939. Słownik biograficzny pilotów polskich walczących podczas kampanii 1939 r. w jednostkach myśliwskich, Wrocław-Warszawa 2025
Wielki Leksykon Uzbrojenia. Wrzesień 1939 r., tom 28, Samolot PWS-26, Warszawa 2014
